Uzbrojona w kask, rysunki, miarę budowlaną i aparat fotograficzny ruszyłam na pierwsze odwiedziny w moim przyszłym domu! :)
Po drodze.. zgubiłam aparat... odnalazł się... a właściwie to wcale się nie zgubił... porzuciłam go na ławce na uroczym skwerku na skraju osiedla, gdzie czekając na umówioną godzinę spotkania z Panią Architekt, czytałam książkę wygrzewając się w promieniach jesiennego słonka. Na szczęście, te okolice nie są jak widać zbyt często odwiedzane, bo pół godziny później aparat wciąż leżał tam gdzie go zostawiłam i tylko zdążyłam spocić się z nerwów i szybkiego biegu, gdy z bijącym sercem, i nie zwracając uwagi na szydzących Panów Budowlańców pędziłam sprintem na skwerek po moją zgubę ;)
Wracając do jesiennych promieni słońca... pogoda tamtego dnia przypomniała mi, że dokładnie rok wcześniej byłam w tym samym miejscu po raz pierwszy, podziwiając mieniące się kolorami lasy w oddali i myśląc zauroczona: "tak, tu mogłabym mieszkać..."
Prawda, że troszkę tu się zmieniło od zeszłej zimy? :)
Nie bez powodu tyle miejsca miejsca poświęciłam w tym poście mojemu aparatowi fotograficznemu. Gdyby nie to, że się nie zgubił, i że popełniłam nim także serię ujęć wewnątrz mieszkania, być może dopiero przy odbiorze odkryłabym, że ogrzewanie podłogowe łazienki znalazło się w przedpokoju, a w łazience obok toalety zamontowano mi przyłącza dla bidetu, którego wcale nie miało tam być...
Ta pierwsza wizyta była bowiem tak emocjonująca (tak, wiem, też bym się kiedyś zdziwiła, że kogoś wprawia w stan euforii kilka gołych ścian ;) ), że będąc na miejscu nawet nie zauważyłam kilku kluczowych błędów popełnionych przez Panów Budowlańców :)
Na szczęście PEN był w pogotowiu, a na spokojnie, w domu, przed komputerem ostatecznie przejrzałam na oczy...
CDN :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz